Z Haliną i Pawłem Kraszewskimi o 25-letniej historii Ruchu
Światło-Życie w diecezji i 25-letniej historii ich domowego Kościoła
rozmawia Barbara Dziadura
Halina i Paweł Kraszewscy w kwietniu 2002 r. obchodzić
będą 25-lecie zawarcia związku małżeńskiego, a potem, w listopadzie,
minie 25 lat od ich pierwszego uczestnictwa w spotkaniu kręgu rodzin
Domowego Kościoła. Historia ich rodziny to historia powstawania Ruchu
Światło-Życie i Ruchu Domowy Kościół w naszej diecezji. Dwie dorosłe
już córki - Aleksandra i Joanna oraz tragicznie zmarły przed dwoma
laty syn Mikołaj przez wiele lat razem z rodzicami jeździli na oazy
wakacyjne, potem sami przeszli całą formację oazy młodzieżowej. Do
tej pory Asia jeździ z rodzicami na rekolekcje w ramach diakonii
wychowawczej. Obydwoje z wykształcenia są muzykami. Halina uczy gry
na fortepianie, Paweł na akordeonie. Ola skończyła klasę gitary,
a Asia gra na altówce.
BARBARA DZIADURA: - Jak rozpoczęło się Wasze
spotkanie przed prawie 25 laty z Ruchem? Jak się o nim dowiedzieliście?
HALINA KRASZEWSKA: - Razem z naszym synem
Mikołajem chodziliśmy na katechezy dla przedszkolaków, które prowadził
ks. Jan Pawlak. On wskazał nas ks. Helonowi, który zaprosił nas na
pierwsze spotkanie kręgu. Były opory, bo to zwykle tak jest, że żony
chcą, a mężowie nie chcą. Do samego spotkania modliłam się, aby zechciał.
Na to spotkanie przyszło pięć małżeństw, potem dowiedzieliśmy się,
że było jeszcze szóste pod drzwiami, które się spóźniło i bało się
wejść. Na drugie spotkanie przyszło już tylko to małżeństwo, które
stało pod drzwiami, a reszta zrezygnowała.
- Jak to się stało, że Wy akurat zostaliście? Czy
było coś, co Was tam zaciekawiło?
H. K.: - Byliśmy najmłodsi, ciekawi. To była szansa
poznania nowych ludzi, nawiązania nowych przyjaźni, a przede wszystkim
to drugie spotkanie, które przypadało w III Niedzielę Adwentu 1977
r., odbyło się u nas w domu. Trudno było z niego zrezygnować. Ale
raczej nie mieliśmy oporów.
PAWEŁ KRASZEWSKI: - Ja miałem. Po pierwszym, czy
po drugim spotkaniu poszedłem do ks. Jana Pawlaka i powiedziałem
mu, że ja chciałbym zrezygnować. On mówił o różnych rzeczach, pytał
mnie o wiele spraw, dochodził, jakie są trudności. Ja wtedy szczerze
powiedziałem, że boję się o moją karierę, że nie będę miał czasu
ćwiczyć, występować, bo będę musiał chodzić na jakieś spotkania.
I tak się cała rozmowa potoczyła, że odchodząc powiedziałem, że może
jednak przyjdę jeszcze na to spotkanie. A prawdziwą przyczyną tego,
że zostaliśmy, było to, że Pan Bóg był nam coraz bardziej potrzebny,
nie dawaliśmy sobie rady bez Pana Boga.
- Kiedy po raz pierwszy pojechaliście na oazę wakacyjną?
H. K.: - W 1979 r. do Tylmanowej. Moderatorem tej
oazy był ks. Helon.
P. K.: - Ale ten wyjazd poprzedziła też seria przypadków,
które nie są przypadkami. Razem z teatrem, bo akompaniowałem tam
w sztuce Dno nieba, oraz synem Mikołajem pojechaliśmy na wycieczkę
w góry - Zakopane i Krościenko. Przejeżdżaliśmy też przez Tylmanową
i wtedy sobie przypomniałem, że tam jest chyba oaza. Odczułem chęć
poznania, co oni robią na tej oazie w górach. Długo wypytywaliśmy,
zanim dotarliśmy na miejsce, a oni akurat mieli agapę. Wszyscy siedzieli
przy takim długim stole, śpiewali, śmiali się i bardzo serdecznie
nas przyjęli, zainteresowali się nami. Wtedy jeszcze nie rozumiałem
tej atmosfery radości, która tam panowała.
H. K.: - Na tą pierwszą oazę wakacyjną pojechał cały
nasz krąg z Zielonej Góry i wspólnie odkrywaliśmy wszystkie prawdy
Boże. Asia miała wtedy roczek i pamiętam, że pożyczyliśmy taki plecak-nosidełko
dla niej i podczas licznych wypraw w góry klerycy ją nosili.
- Od tamtego czasu jeżdżą Państwo co rok na rekolekcje?
H. K.: - Prawie co rok. Raz nie byliśmy, jak rok
później urodziła się Ola. Póki dzieci były małe, jeździliśmy do Rokitna,
a jak podrosły - znowu do Tylmanowej.
- Jak dzieci przyjmowały Państwa zaangażowanie w
Ruchu?
H. K.: - Dzieci były małe, one się rodziły w tej
naszej oazie. Początki były fantastyczne. Mikołaj budował sobie ołtarze
na pianinie, prowadził modlitwy, zwykle były one bardzo długie, tasiemcowe.
Dzieci się bardzo angażowały, jak były małe, gorzej później.
- Jak formacja oazowa kształtowała Wasze codzienne
życie, czy wpływała na nie?
H. K.: - Na początku była to po prostu katecheza,
uczyliśmy się podstawowych prawd wiary. Formowaliśmy się równolegle
do tworzących się materiałów pomocniczych. W latach 70. nie było
jeszcze żadnych podręczników, świeccy nie umieli odmawiać brewiarza,
uczyliśmy się pracy z Pismem Świętym.
- A jakie są owoce bycia w Ruchu w Waszym życiu rodzinnym?
H. K.: - Myślę, że takim największym owocem jest
to, że jesteśmy małżeństwem, że żyjemy razem a nie obok siebie. Oaza
uchroniła nas przed tak popularnym w świecie artystów rozpadem małżeństwa.
Nauczyliśmy się też ogromnej pokory, nie wiem, czy umielibyśmy tak
przyjąć śmierć syna - bez wiary to byłoby niemożliwe.
P. K.: - Czujemy jego obecność, jego orędownictwo.
On odpłaca się za wychowanie, za serce.
H. K.: - Ruch dał nam też pokój wewnętrzny i radość
na zewnątrz, które myślę, że nie są sztuczne, ale autentyczne, są
pewnym sposobem życia. Umiemy także dostrzec drugiego człowieka.
Czuliśmy się jak prowadzeni za rękę. Gdy drugi raz objęliśmy posługę
pary rejonowej, to na początku pojechaliśmy do Częstochowy, by oddać
Matce Bożej w opiekę wszystkie rodziny z naszego rejonu. To zawierzenie
nieustannie nam pomaga, gdyż Bóg prowadzi nas trudną drogą. Jest
krzyż, są cierpienia, ale to też nas nieustannie kształtuje.
P. K.: - Nie wiem, jak bez oazy znaleźlibyśmy się
w tym świecie. Był czas, że się pogubiliśmy, bo obydwoje jesteśmy
bardzo wrażliwi, nie mogliśmy się porozumieć, w sobie szukaliśmy
błędów, ale dzięki oazie potrafiliśmy sobie pomóc. W takich sytuacjach
trzeba wszystko oddać Panu Bogu.
- Dlaczego w Domowym Kościele jest tak mało młodych
małżeństw?
H. K.: - Dziś dzieci tak bardzo absorbują rodziców,
że nie mają oni czasu na nic innego, a s. Jadwiga Skudro mówi, że
dzieci powinny uczestniczyć w miłości rodziców. I Ruch to umożliwia.
Z tego trzeba korzystać. Młode małżeństwa za bardzo fascynują się
sobą. Może nie zdają sobie jeszcze sprawy, że we wspólnocie jest
łatwiej.
P. K.: - To jest chyba łaska!
H. K.: - Jest jakiś strach w ludziach. Nie potrafią
brać. My chcemy im dać, my ich zapraszamy..., ale najtrudniej jest
przyjąć dar.
- Czego życzylibyście Ruchowi w naszej diecezji na
następne 25 lat?
H. K.: - Jedności, pokoju i płynącej z tego radości!
P. K.: - Jedność bowiem jest znakiem obecności Pana
Boga.
Św. Franciszku, naucz nas nie tyle szukać pociechy, co
pociechę dawać, nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć, nie tyle
szukać miłości, co kochać!
Wszechmogący, wieczny Boże, któryś przez Jednorodzonego Syna
Swego światłem Ewangelii dusze nasze oświecił i na drogę życia wprowadził,
daj nam przez zasługi św. Ojca Franciszka, najdoskonalszego naśladowcy
i miłośnika Jezusa Chrystusa, abyśmy przygotowując się do uroczystości
tegoż świętego Patriarchy, duchem ewangelicznym głęboko się przejęli,
a przez to zasłużyli na wysłuchanie próśb naszych, które pokornie
u stóp Twego Majestatu składamy. Amen.
Wielką zasługą św. Teresy jest powrót do ewangelicznego rozumienia miłości do Boga. Niewłaściwe rozumienie świętości popycha nas w stronę dwóch pokus. Pierwsza - sprowadza się do tego, iż kojarzymy
świętość z nadzwyczajnymi przeżyciami. Druga - polega na tym, że pragniemy naśladować jakiegoś świętego, zapominając o tym, kim sami jesteśmy. Można do tego dołączyć jeszcze jedną pokusę -
czekanie na szczególną okazję do kochania Boga. Ulegając tym pokusom, często usprawiedliwiamy swój brak dążenia do świętości szczególnie trudnymi okolicznościami, w których przyszło nam żyć, lub zbyt
wielkimi - w naszym rozumieniu - normami, jakie należałoby spełnić, sądząc, iż świętość jest czymś innym aniżeli nauką wyrażoną w Ewangelii.
Teresa nie znajdowała w sobie dość siły, aby iść drogą wielkich pokutników czy też drogą świętych pełniących wielkie czyny. Teresa odkrywa własną, w pełni ewangeliczną drogę do świętości. Jej pierwsze
odkrycie dotyczy czasu: nie powinniśmy odsuwać naszego kochania Boga na jakąś nawet najbliższą przyszłość. Któraś z sióstr w klasztorze w Lisieux „oszczędzała” siły na męczeństwo, które notabene
nigdy się nie spełniło. Dla Teresy moment kochania Boga jest tylko teraz. Ona nie zastanawia się nad przyszłością, gdyż może się czasami wydawać zbyt odległa lub zbyt trudna. Teraz jest jej ofiarowane
i tylko w tym momencie ma możliwość kochania Boga. Przyszłość może nie nadejść. „Dobry Bóg chce, bym zdała się na Niego jak maleńkie dziecko, które martwi się o to, co z nim będzie jutro”.
Czasami myśl o wielu podobnych zmaganiach w przyszłości nie pozwala nam teraz dać całego siebie. Zatem właśnie chwila obecna i tylko ta chwila się liczy. Łaska ofiarowania czegoś Bogu lub przezwyciężenia
jakiejś pokusy jest mi dana teraz, na tę chwilę. W chwili wielkiego duchowego cierpienia Teresa pisze: „Cierpię tylko chwilę. Jedynie myśląc o przeszłości i o przyszłości, dochodzi się do zniechęcenia
i rozpaczy”. Rozważanie, czy w przyszłości podołam podobnym wyzwaniom, jest brakiem zdania się na Boga, który mnie teraz wspomaga. „By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko, ten dzień dzisiejszy
jedynie” - pisze Teresa. Jest to pierwsza cecha realizmu jej ducha - realizmu ewangelicznego, gdyż Chrystus mówi nieustannie o gotowości i czuwaniu. Ten, kto zaniedbuje teraźniejszość,
nie czuwa, bo nie jest gotowy. Wkłada natomiast energię w marzenia, a nie w to, co teraz jest możliwe do spełnienia. Chrystus przychodzi z miłością teraz. To skoncentrowanie się na teraźniejszości pozwala
Teresie dostrzec wszystkie możliwe okazje do kochania oraz wykorzystać je. Do tego jednak potrzebne jest spojrzenie nacechowane wiarą, iż ten moment jest darowany mi przez Boga, aby Go teraz, w tej sytuacji
kochać. Nawet gdy sytuacja obecna jawi się w bardzo ciemnych barwach, Teresa nie traci nadziei. „Słowa Hioba: Nawet gdybyś mnie zabił, będę ufał Tobie, zachwycały mnie od dzieciństwa. Trzeba mi
jednak było wiele czasu, aby dojść do takiego stopnia zawierzenia. Teraz do niego doszłam” - napisze dopiero pod koniec życia.
Teresa poznaje, że wielkość czynu nie zależy od tego, co robimy, ale zależy od tego, ile w nim kochamy. „Nie mając wprawy w praktykowaniu wielkich cnót, przykładałam się w sposób szczególny
do tych małych; lubiłam więc składać płaszcze pozostawione przez siostry i oddawać im przeróżne małe usługi, na jakie mnie było stać”. Jeśli spojrzeć na komentarz Chrystusa odnośnie do tych, którzy
wrzucali pieniądze do skarbony w świątyni, to właśnie w tym kontekście możemy uchwycić zamysł Teresy. Nie jest ważne, ile wrzucimy do tej skarbony, bo uczynek na zewnątrz może wydawać się wielki, ale
cała wartość uczynku zależy od tego, ile on nas kosztuje. Zatem należy przełamywać swoją wolę, gdyż to jest największą ofiarą. Przezwyciężając miłość własną, w całości oddajemy się Bogu.
Były chwile, gdy Teresa chciała ofiarować Bogu jakieś fizyczne umartwienia. Taki rodzaj praktyk był w czasach Teresy dość powszechny. Jednak szybko się przekonała, że nie pozwala jej na to zdrowie.
Było to dla niej bardzo ważne odkrycie, gdyż utwierdziło ją w przekonaniu, że nie trzeba wiele, aby się Bogu podobać. „Dane mi było również umiłowanie pokuty; nic jednak nie było mi dozwolone, by
je zaspokoić. Jedyne umartwienia, na jakie się zgadzano, polegały na umartwianiu mojej miłości własnej, co zresztą było dla mnie bardziej pożyteczne niż umartwienia cielesne”. Teresa nie wymyślała
sobie jakichś ofiar. Jej zadaniem było wykorzystanie tego, co życie jej przyniosło.
Umiejętność docenienia chwili, odkrycia, że wszystko jest do ofiarowania - tego uczy nas Teresa. My sami albo narzekamy na trudny los i marnujemy okazję do ofiarowania czegoś trudnego Bogu,
albo czynimy coś zewnętrznie dobrego, ale tylko z wygody, aby się komuś nie narazić lub dla uniknięcia wyrzutów sumienia. Intencja - to jest cały klucz Teresy do świętości. Jak wyznaje, w swoim
życiu niczego Chrystusowi nie odmówiła, tzn. że widziała wszystkie okazje do czynienia dobra jako momenty wyznawania swojej miłości.
Inną cechą, która przybliża ją do nas, jest naturalność jej modlitwy. Teresa od Dzieciątka Jezus, która jest córką duchową św. Teresy od Jezusa, jest jej przeciwieństwem odnośnie do szczególnych łask
na modlitwie. Złożyła nawet z tych łask ofiarę, bo czuła, że w nich można szukać siebie. Jej życie modlitwy było często bardzo marne, gdyż zdarzało się jej zasypiać na modlitwie. Po przyjęciu Komunii
św. zamiast rozmawiać z Bogiem, spała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że nie potrafiła inaczej. Ważny jest fakt, iż nie martwiła się za bardzo swoją nieumiejętnością modlenia się. Wierzyła, że
i z takiej modlitwy Chrystus jest zadowolony, gdyż ona nie może Mu ofiarować nic więcej poza swoją słabością.
Aby się przekonać, jak daleko lub jak blisko jesteśmy przyjmowania Ewangelii w całej jej głębi, zastanówmy się, jak podchodzimy do niechcianych prac, mniej wartościowych funkcji, momentów, gdy nie
jesteśmy doceniani, a nawet oskarżani. Czy widzimy w tym okazję, aby to wszystko ofiarować Chrystusowi, czy też walczymy o to, aby postawić na swoim lub zwyczajnie zachować twarz? Jak postępujemy wobec
osób, które są dla nas przykre? Czy je obgadujemy, czy też widzimy w tym okazję, aby im pomóc w drodze do Boga? Teresa powie, gdy nie może już przyjmować Komunii św. ze względu na zaawansowaną chorobę,
że wszystko jest łaską. Czy każda trudna sytuacja, trudny człowiek jest dla mnie łaską?
Ceny paliw na stacjach będą niższe już w przyszłym tygodniu - oświadczył w czwartek na konferencji prasowej w USA minister finansów i gospodarki RP Andrzej Domański.
- Prezydent zupełnie niepotrzebnie zwlekał wiele, wiele tygodni z podpisaniem ustawy, bo przypomnę, że tę ustawę mógł podpisać znacznie, znacznie wcześniej i wtedy ceny na stacjach benzynowych byłyby już od wielu tygodni niższe - powiedział Domański.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.