Reklama

1000-lecie Kościoła wrocławskiego

LUX EX SILESIA

Niedziela Ogólnopolska 40/2000

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Archidiecezja wrocławska jest jedną z najstarszych kościelnych jednostek administracyjnych na ziemiach polskich. Powstanie biskupstwa wrocławskiego wiąże się z zabiegami Bolesława Chrobrego w Stolicy Apostolskiej o utworzenie polskiej prowincji kościelnej zależnej bezpośrednio od Rzymu. Wymagało to zgody nie tylko samego papieża, lecz także cesarza, którego jurysdykcja w sprawach doczesnych rozciągała się na wszystkie kraje chrześcijańskie. Przychylne stanowisko obu najwyższych wówczas autorytetów, papieża Sylwestra II i cesarza Ottona III, umożliwiło realizację podjętego planu już w roku 1000. Wtedy to, podczas słynnego zjazdu u grobu św. Wojciecha (8-10 marca 1000 r.), utworzono dla Polski, obok istniejącego już biskupstwa w Poznaniu (968 r.), niezależną metropolię gnieźnieńską, w skład której weszły biskupstwa: krakowskie, wrocławskie i kołobrzeskie.

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: - Eminencjo, archidiecezja wrocławska razem ze swymi Pasterzami czuwała przez całą noc z 8 na 9 września na Jasnej Górze. Jaka intencja towarzyszy wrocławskiej pielgrzymce?

KARD. HENRYK GULBINOWICZ: - Biskupstwo wrocławskie przeżywa 1000-lecie swojego istnienia. Zbiegło się ono z Rokiem Świętym 2000. Wertując historię całej diecezji podczas przygotowań do obchodów tego rzadkiego przecież Jubileuszu, zauważyliśmy, że król Jan Kazimierz, kiedy w katedrze lwowskiej oddawał swój kraj w opiekę Matce Najświętszej i obierał Ją za Królową naszego Narodu, nie wymienił Śląska. A to dlatego, że wtedy ziemie te nie należały do jego jurysdykcji królewskiej.
Podjęliśmy decyzję, że na święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny uda się na Jasną Górę pielgrzymka. Będą przedstawiciele z każdej parafii, starsi, ale także młodzież i dzieci. To święto, to pielgrzymowanie i to nasze czuwanie, o którym Ksiądz Infułat był łaskaw wspomnieć, ma na celu uprosić Matkę Bożą, żeby Dolny Śląsk też oficjalnie przyjęła pod Swój płaszcz królewskiej opieki. Dlatego nazywamy ten akt zawierzenia, odczytywany dzisiaj (tj. 9 września - przyp. red.) na Sumie, Aktem Zaślubin. Dlatego też zostało przygotowane specjalne wotum, które będzie umieszczone na głównym ołtarzu w Kaplicy Matki Bożej; jest to duży pierścień na tle herbu diecezji wrocławskiej, w pięknej oprawie ze srebra - to znak naszej tutaj obecności.
W pielgrzymce biorą udział przedstawiciele - można powiedzieć - wszystkich stanów. Przede wszystkim są rodzice - kapłani domowego ogniska. Kładę nacisk na duszpasterstwo w tej grupie, bo uważam, że od tego, jacy są rodzice, zależy, jakie będą następne pokolenia. Są także siostry zakonne, duchowieństwo diecezjalne i zakonne, są nowicjusze i nowicjuszki, są alumni naszego Seminarium Duchownego, przedstawiciele Papieskiego Fakultetu Teologicznego. Są z nami na Jasnej Górze rolnicy, gdyż obecny czas jest dla nich trochę luźniejszy. U nas, na Dolnym Śląsku, prawie wszystko jest zebrane - została jeszcze tylko kukurydza - i wszystko posiane, więc rolnicy ochotnie zgłaszali się na tę pielgrzymkę. Ludzie chętnie teraz podróżują, toteż z każdej parafii będzie na pewno przynajmniej jeden autokar. Parafie bardzo małe dołączą do większych.

- Czy Ksiądz Kardynał widzi jakieś szczególne związki pomiędzy ziemią Dolnego Śląska a Częstochową?

- Proszę Księdza Infułata, jest taka zaskakująca rzeczywistość, z którą spotkałem się, kiedy w 1976 r. papież Paweł VI skierował mnie do pracy na Dolnym Śląsku. Mianowicie, najpierw, poznając schematyzm tego terenu, zauważyłem, że wszystkie nowe parafie, które utworzono, mają odniesienie do Matki Bożej Częstochowskiej. Nie mówię o parafiach pw. Matki Bożej Częstochowskiej - ich mamy najwięcej. Bardzo ciekawym objawem jest np. fakt, że Niemcy mieli tzw. Gasthaus - gdzie w sobotę, w niedzielę zbierali się, żeby sobie porozmawiać, wypić piwo. To były najczęściej wielkie izby, a nawet sale. Tam, gdzie byli już tylko katolicy, zaczęto zamieniać gasthausy na kaplice. I często umieszczano w nich obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Pytałem starszych księży (jak my tu mówimy - "pionierów") - dlaczego. Powiadali, że był to czytelny znak dla wszystkich mieszkańców, że tu jest Polska. Symbolem Polski był obraz Matki Bożej Częstochowskiej, dlatego to czyniono. A potem, kiedy już się troszkę rozeznałem, dostrzegłem, że np. w kościele Matki Bożej na Piasku od XVII wieku obraz Matki Bożej Częstochowskiej był czczony w specjalnej kaplicy. W pięknym kościele Świętego Krzyża - to jest kościół, który został zbudowany za czasów biskupa Nankera (od 1326 r. biskup wrocławski - przyp. red.) - jest też bardzo stary obraz Matki Bożej Częstochowskiej i Polacy tam się spotykali, mieli swoje nabożeństwa w języku polskim, swoją Mszę św. Kilka dni temu byłem w Kotlinie Kłodzkiej na poświęceniu szkoły, która została zbudowana na miejscu zniszczonej przez powódź, i odwiedziłem dwa sąsiednie kościoły: w Międzygórzu - bardzo piękny kościółek św. Józefa, drewniany, z XVIII wieku, a potem w Jaworku, gdzie jest remontowany kościół, i zobaczyłem, że na ścianie wisi obraz Matki Bożej Częstochowskiej, bardzo stary. Zapytałem Księdza Proboszcza, od jak dawna on tu jest. Okazało się, że już od przełomu XVII i XVIII w., malowany na blasze, z bardzo charakterystyczną dla Dolnego Śląska, ciekawą ornamentyką. Co chcę przez to powiedzieć? Mianowicie, że Dolny Śląsk ma swoje sławne sanktuaria: Wambierzyce, Bardo, Góra Igliczna, ale znajomość Częstochowskiej Pani była u poprzedzających nas pokoleń znaczna. Jej kult identyfikował katolików.

- Jakie będzie przełożenie dzisiejszego pielgrzymowania na duszpasterstwo i na działalność kulturalną w archidiecezji?

- Chodziłoby o jedną rzecz: żeby mieszkańcy Dolnego Śląska zrozumieli, że ta ziemia do Polski należy, że jak inne dzielnice były przez króla Jana Kazimierza oddane w opiekę Matce Najświętszej - my tę naszą ziemię też specjalnym aktem Jej oddaliśmy. Żeby współczesna rodzina umiała nie tylko korzystać z nowoczesności w życiu codziennym, ale żeby także umiała być ogniwem, które przekazuje młodszemu pokoleniu nasze tradycje religijne, narodowe, kulturalne.
Otworzyliśmy już na terenie naszej archidiecezji 14 ośrodków kształcenia, tzw. instytutów, przekazujących naukę społeczną Kościoła. Odbywają się te wykłady raz na miesiąc, prelegenci są z Papieskiego Fakultetu Teologicznego, ale też zapraszamy rozmaitych specjalistów, np. w Kłodzku w zeszłym roku brałem udział w takim spotkaniu, gdzie zaproszony był dyrektor jednego z departamentów Ministerstwa Rolnictwa. Cóż to była za ciekawa dyskusja! Aż byłem zadziwiony, że ci rolnicy stawiali pytania tak bardzo kompetentnie i rzeczowo, a nasz gość zobaczył, jak ciekawa jest postawa naszego społeczeństwa, nawet tego, które oddalone jest od wielkich ośrodków.
Tych, którzy zapisują się do instytutu, nie pytamy, czy mają wykształcenie wyższe, średnie, czy tylko podstawowe. Każdy ma prawo przyjść. O co chodzi? Jest w społeczeństwie bardzo wiele pytań i niejasności, bo lewica próbuje deformować to wszystko, co prawica stara się robić. Dlatego czasem są wątpliwości, kto ma rację. W dyskusjach jest szansa, żeby ludziom rozjaśnić nie tylko sprawy wiary, moralności, ale także sprawy społeczno-gospodarcze.

- Eminencja zaprosił do diecezji Ojców Paulinów...

- Wszyscy wiemy, że Matka Boża Jasnogórska to jest nasz Śląsk. Bo to przecież Władysław Opolczyk otrzymał od króla Ludwika Węgierskiego ten Obraz i znajdował się On w jego zamku. Potem pod natchnieniem Ducha Świętego właśnie tu, na Starej Górze - tak się nazywało to wzniesienie, jak wyczytałem w historii - gdzie był dawny kościółek drewniany, poświęcony Najświętszej Maryi Pannie, wybudował klasztor dla Paulinów i podarował im ten Obraz. Przychodzimy więc do naszej Matki Bożej. My - jak byśmy dziś powiedzieli - mamy prawo do rewindykacji. Chcieliśmy, żeby Matka Boża wróciła na Dolny Śląsk w Kopii Cudownego Obrazu. I nadarzyła się taka okazja, jedną z najstarszych parafii - parafię św. Mikołaja we Wrocławiu przekazałem Ojcom Paulinom. Chodzi o to, żeby polonizować Dolny Śląsk przez akcenty bardzo właściwe dla nas, Polaków, i dla Kościoła rzymskokatolickiego. Ojcowie Paulini dobrze się u nas czują i znaleźli u ludzi szacunek. A mają trudną sytuację. Z jednej strony jest katedra prawosławna, z drugiej - katedra protestancka, w trzecim rogu - synagoga i oni. Jest to tzw. kwadrat wzajemnej życzliwości. Pięknie zaczęli, proboszcz jest bardzo mądrym człowiekiem. I dlatego cieszymy się - niech oni kult Matki Bożej Częstochowskiej w takim mądrym, pogłębionym stylu prowadzą. Po niecałym roku pobytu w parafii mają już służbę w konfesjonale - całodzienny dyżur. Taki dyżur jest też w katedrze i u Ojców Dominikanów. Ten trzeci punkt powstał w bardzo właściwym miejscu, bo to jest dzielnica robotnicza, jest tam spory procent ludzi, którzy są na emeryturze i mogą korzystać z pomocy duszpasterskiej, kiedy tylko potrzebują.

- Dolny Śląsk to piękna archidiecezja wrocławska, ale także jakby odrębna kraina...

- Proszę Księdza Infułata, gdy patrzymy na czasy zamierzchłe, kiedy to powstawały struktury naszego państwa, to widzimy, że Polska struktury państwowe zawdzięcza Wielkopolsce (Poznań, Gniezno). Natomiast jeśli chodzi o stronę kulturalną, to zawdzięcza ją Dolnemu Śląskowi. Od najwcześniejszych lat. Proszę zauważyć takie fakty: rok 1212 - powstaje szkoła katedralna na wysokim poziomie, która jest pierwszą szkołą katedralną naszego kraju. Potem Papież, widząc rozwijającą się uczelnię, wydaje specjalny dekret podnoszący ją do rangi wyższej uczelni. A rok 1702 - to już jest fakultet teologiczny; jeszcze nie ma uniwersytetu, nie ma żadnej wyższej uczelni. Ze Śląska wywodzi się wielu ludzi, którzy weszli w kulturę Zachodu. Przecież Mikołaj Kopernik to Ślązak! Jego rodzina wywodzi się spod Nysy, do dziś dnia jest tam taka miejscowość Koperniki. Jego protoplasta, chyba pradziad, rozpoczął handel między Wrocławiem, Nysą a Krakowem. Dziad też się tym trudnił, a ojciec już przeniósł się - też w celach handlowych - do Torunia. I tam się urodziło w rodzinie państwa Koperników czworo dzieci. Żoną pana Kopernika była - bardzo ważna rzecz - Barbara Watzenrode (nazwisko słowiańskie, nie niemieckie). Dwie dziewczynki umierają dosyć szybko, natomiast chłopcy: Andrzej i Mikołaj - mocniejsi - pozostają przy życiu. Rodzice umierają. Biskupem na Warmii jest Łukasz Watzenrode, rodzony brat ich matki, i on podejmuje nad nimi opiekę. Kiedy pracowałem w archiwum w Olsztynie, znalazłem list pisany przez Andrzeja i Mikołaja do ich wuja (oni wtedy w Bolonii studiowali): " Wuju, przyślij pieniądze, bo się skończyły". To są ciekawostki. Mikołaj Kopernik był przez 35 lat kanonikiem Kapituły Kolegiackiej Świętego Krzyża we Wrocławiu, pełnił też obowiązki kanonika scholastyka. Nie rezydował tam stale. Ale jest dom, w którym mieszkał, nazywa się " Dworzyszcze Kopernika". Dzięki naszym archeologom zostały odkryte relikty czasu, kiedy on tam był. Jest m.in. piękna, gotycka sień. Gdy przyszła moda na barok, cały dom otrzymał barokowe znamiona, zwłaszcza z zewnątrz. Są też dwie piwnice: dolna - na wina i miody oraz górna - na rozmaite specjały żywnościowe. One są nietknięte, w tych piwnicach teraz mamy Centralny Ośrodek Caritas, jest tam miejsce dla bezdomnych i cieszy się ono wielkim powodzeniem. A w sieni wisi portret kanonika Mikołaja Kopernika, ponieważ on był właścicielem domu.
Gdybyśmy tak poszperali w tych zamierzchłych czasach, znaleźlibyśmy potwierdzenie, że Śląsk dał Polsce kulturę. Legnica starała się o uniwersytet. Były lokale, mieli odpowiednią liczbę profesorów, ale nie udało się. Uprzedzili nas Czesi. Wtedy też utworzono Uniwersytet Krakowski. Wielu ludzi ze Śląska zasiliło Kraków. Elita kulturalna ze Śląska przeszła do Krakowa. Stąd powiedzenie Lux ex Silesia - Światło ze Śląska.

- A więc na tym wspaniałym dziedzictwie przyszło Eminencji 25 lat temu zasiąść jako arcybiskupowi metropolicie... Z jakimi uczuciami Ksiądz Kardynał przejmował diecezję?

- Przejmowałem diecezję może nie z lękiem, bo lęka się tylko ten, kto nie ma wiary. Ja natomiast jestem człowiekiem wierzącym i podporządkowałem się woli papieża Pawła VI. Ale szedłem z niepokojem. Nikogo nie znałem, nie miałem tu żadnego kolegi ze studiów. Jedynym człowiekiem, który wtedy odegrał dla mnie bardzo ważną rolę, to był profesor Uniwersytetu Stefana Batorego - ks. inf. Józef Marcinowski. On był pierwszym rektorem odbudowanego po wojnie WSD. Poznałem go jeszcze jako kleryk w 1924 r. Pierwsze nasze spotkanie było zupełnie przypadkowe, u fryzjera. Usiadłem na fotelu i zauważyłem Księdza Profesora. On też mnie rozpoznał dzięki sutannie, zauważył moje krótkie włosy - zawsze bardzo wysoko się strzygłem - i mówi: " Mocium panie, włosy Pan Bóg dał po to, żeby je na głowie nosić. Za krótko się strzyżesz, pal sześć" (miał takie ulubione powiedzenie). I poszedł sobie. Później okazało się, że on właśnie zawędrował aż na Dolny Śląsk. Biskupi wrocławscy zlecili mu kierowanie tym starym seminarium, bo trzeba zauważyć, że seminarium wrocławskie jest pierwsze po Soborze Trydenckim, chociaż swego czasu o pierwszeństwo upominało się warmińskie "Hosianum". Dlaczego trzeba dać pierwszeństwo Wrocławowi? Ponieważ seminarium wrocławskie miało kadrę naukową. Owszem, Hozjusz założył jako pierwszy seminarium, ale musiał prosić, żeby jego prowadzenie przejęli inni. Wrocław był samowystarczalny. Dlatego też dekret Soboru Trydenckiego został wprowadzony pierwszy we Wrocławiu. Później był Olsztyn i chyba Włocławek - jak dobrze pamiętam.
Ale wracając do ks. inf. Marcinowskiego: kiedy rozmawiałem z nim (on i ja pochodzimy z Wilna, więc mieliśmy wspólne tematy), był trochę zdziwiony - takie odniosłem wrażenie - że Papież podjął taką decyzję, bo byłem wtedy jeszcze młodym człowiekiem, a przedtem byli ludzie wielkiego kalibru, jak kard. Bolesław Kominek. Poprosiłem go jednak o pomoc i zapytałem o radę. A on na to: "Pal sześć! Rób, co ci każe Duch Boży, reszta się sama ułoży". Taka była jego rada. Na początku bacznie się wszystkiemu przyglądałem, niczego nie zmieniając, choć zwykle, gdy przychodzi nowy biskup, dobiera sobie zespół. Pomyślałem, że skoro kard. Kominek tych ludzi powołał, to spróbuję z nimi pracować. Wszyscy zostali na swoich stanowiskach, znaleźliśmy powoli wspólny język i zaczęliśmy pracować, tzn. kontynuować to, co już było. A dokonanych dzieł było wiele. Spotkałem się z duchowieństwem - wtedy cała diecezja liczyła 22 tys. km2 i było ok. 600 parafii. Razem z zakonnikami było ok. 1,5 tys. kapłanów i ok. 2,5 tys. sióstr zakonnych. Dla mnie stanowiło to ogrom. Musiałem się wiele nauczyć - stąd moja postawa obserwatora (w KC nazywano mnie "Henryk Milczący"). Na pierwsze wizytacje kanoniczne wybrałem najdalej od Wrocławia położone dekanaty. I zorientowałem się, że duchowieństwo cechuje szczególny dynamizm. A laikat to ludzie odważni. Przyszli z południowego wschodu, z terenów dawnej archidiecezji lwowskiej, z terenu krakowskiego, z centralnej Polski, z kieleckiego. Bardzo niewiele osób przybyło z terenów wileńskich, ponieważ ci poszli w kierunku Białegostoku, Olsztyna, Gdańska, Szczecina, na północ. Ci ludzie przyjechali w bardzo niepewnej sytuacji, z kuferkami, węzełkami, nie mając nic więcej; jechali nie wiedząc, co będzie... Pamiętali Niemców z czasów II wojny światowej jako ludzi okrutnych, hitlerowców. Jechali na ziemie, które były w ich władaniu. Spodziewali się najgorszego. Ale złe nie przyszło. Zaczęto zajmować mieszkania, odbudowywać Wrocław. Okres niepewności był jednak dość długi. Jeszcze w 1976 r., gdy zapytałem, dlaczego nie remontujecie gospodarstwa, odpowiadano: my już zbudowaliśmy coś w Polsce (w centralnych terenach), a nie wiadomo, czy będziemy tu długo.
Wielką rolę odegrali duchowni, którzy nie czekając, co będzie, jak się rozwiążą sprawy polityczne, porządkowali kościoły, odbudowywali, tworzyli wspólnoty i nowe ośrodki duszpasterskie. To był taki bodziec dla ludzi, dający do myślenia i godny naśladowania. I oni naśladowali kapłanów.
Nie chcę się chwalić, ale to jest chyba najciekawszy teren w naszym kraju, tu najwięcej inwestują zachodni przedsiębiorcy. Nowe pokolenie uważa się za Dolnoślązaków, dlatego też buduje. I nie mogę się pogodzić z tym, co lewica rozpowiada o wielkiej biedzie, niedostatku ludzi mieszkających na wsi. Księże Infułacie, proszę przyjechać i zobaczyć, jakie mamy piękne domy, jak umiemy je zagospodarować, zadbać o nie. Mniej więcej pół roku po powodzi trzeba było przeprowadzić wizję lokalną, bo jeden z kościołów został mocno zniszczony. Jadę i widzę - śliczny dom, oczka wodne, iglaki. Mówię do księdza, z którym jechałem: Zatrzymajmy się. Poszliśmy złożyć wizytę gospodarzowi. Tłumaczę się: Zatrzymałem się, bo widzę, że bardzo urokliwie pan to wszystko urządził. A on mówi: Proszę księdza, ja mam troje dzieci, niechże one rosną, nie patrząc na zniszczenia powodzi, tylko na ład i porządek. Wiejski człowiek ma takie myślenie! Sądzę, że to jest dobry znak dla tamtejszego terenu.

- Czy to znaczy, że Eminencja z nadzieją patrzy na przyszłość Dolnego Śląska?

- Tak, patrzę z nadzieją i wdzięcznością. Szykuję się, żeby odejść na emeryturę, bo kanon 401 będzie mnie poganiał, ale zostanę na Dolnym Śląsku, nie ucieknę nigdzie - zresztą nie mam dokąd pójść, bo moje rodzinne strony to Wilno i Wileńszczyzna. Dlatego też żywię ogromny podziw i wdzięczność dla tych ludzi, którzy przyszli z niczym i zagospodarowali te ziemie. Niemcy mówili: nie dacie tu rady. To są setki tysięcy kilometrów kwadratowych, a nie ma mocy. Daliśmy radę. Oczywiście, są pewne - jak wszędzie - niedociągnięcia i niedomagania, bo tylko ludźmi jesteśmy. Ale - taka mała statystyka. Kiedy przygotowywaliśmy się do Kongresu Eucharystycznego, trzeba było mass mediom dać jakieś statystyki. Obliczono, że przez te 25 lat powstało 412 nowych kościelnych i sakralnych budowli, łącznie z kaplicami wyposażonymi w sale katechetyczne, których jest 107. Domów katechetycznych zbudowaliśmy ponad 200. Najmniej zbudowanych zostało plebanii. Przyznam szczerze, że będąc w kołowrocie zajęć, nie myślałem, że to taka ładna wizytówka dla duchowieństwa i wiernych. Kiedyś Ojciec Święty był uprzejmy zapytać mnie: Słuchaj, powiedz mi, podobno w Polsce rośnie antyklerykalizm. Powiedziałem: Proszę Waszej Świątobliwości, wszystkie kurie funkcjonują, wszystkie zakony, wszystkie seminaria, a poza tym budujemy, remontujemy. Więc jeżeli to jest taki antyklerykalizm, który nam i Kościołowi wychodzi naprzeciw, to chyba nie należy się go bać. On wtedy uścisnął moją rękę i powiedział: Dobrze, że mi to powiedziałeś.

- W 1978 r. Stolicę Piotrową obejmuje Jan Paweł II. Jak Eminencja postrzega ten polski pontyfikat?

- To, że papieżem jest Polak, i to właśnie ten Polak; to, że przechodzi on przez rozmaite doświadczenia, a mimo wszystko Pan Bóg wyprowadza go ze wszystkich opresji; że mimo jego wieku ten pontyfikat posiada taki dynamizm - proszę zobaczyć tylko sam Rok Święty, ileż tam jest różnych po kolei ustawionych spotkań - to jakaś niezwykła potrzeba tych czasów, na którą reaguje Pan Bóg. Ten pontyfikat zmobilizował i pobudził świat. Myślę, że dla Polski jest to ogromna łaska Ducha Świętego, że kard. Karol Wojtyła został papieżem. Zupełnie inaczej odbiera się swojego człowieka. Bardzo szanowaliśmy papieża Pawła VI, ale inny był zupełnie odbiór jego pasterzowania. A tutaj i inteligencja, i duchowieństwo, i robotnicy, i rolnicy mówią: "nasz Papież". To ma swój wydźwięk. Ciężar gatunkowy tego stwierdzenia jest ogromny.

- Księże Kardynale, przeżywając jubileusz 25 lat pasterzowania w archidiecezji wrocławskiej - za co Eminencja jest najbardziej wdzięczny Panu Bogu?

- Dziękuję Panu Bogu, że mi dał zdrowie - gdybym go nie miał, to aktywność w naszej archidiecezji ucierpiałaby na tym. Dziękuję Panu Bogu za to, że zrozumiałem ten zupełnie dla mnie nie znany wcześniej teren naszej Ojczyzny, jego tradycje. Bo trzeba było godzić zwyczaje lwowskie z krakowskimi, dolnośląskie z kieleckimi itd. Tutaj nasi księża wykazali ogromną inteligencję i cierpliwość, bo każda grupa mówiła: To tak trzeba czynić - jak u nas, bo to dopiero wtedy jest prawdziwie chrześcijańskie, prawdziwie katolickie. Oni umieli to jakoś bardzo docenić i znaleźć wspólny mianownik. Za to dziękuję Bogu. Następnie - że Pan Bóg nie szczędził mi krzyży. Ja nie byłem lubiany przez władze komunistyczne. Dawali mi do zrozumienia, że nie jestem im "na rękę", spalili mi samochód, nie mówiąc o innych przykrościach, których nie brakowało. A więc dziękuję Panu Bogu za krzyże. Dlatego też "ukułem" taką moją życiową regułę: Każde dobro trzeba okupić cierpieniem. Za to chyba też Panu Bogu w szczególny sposób należy dziękować. I tak, korzystając ze swoich różnorakich doświadczeń i przemyśleń, do nikogo się nie uprzedzałem. Dla mnie każdy człowiek jest dobry. I dlatego też ułożyło się prawidłowo, gdy chodzi o pracę ekumeniczną, ułożyło się prawidłowo nawet z tymi, którzy mnie nie lubili, bo w KC nazywano mnie też "Jastrząb" (dowiedziałem się o tym niedawno). To tak pokrótce. Bardzo dziękuję moim Rodzicom, a przez nich Panu Bogu, że wychowali mnie właśnie tak, żeby być frontem do człowieka, żeby się nie bać człowieka, szanować go, iść do niego. Nie czekam, aż mi ktoś powie: chodź. Ja pierwszy idę, bo ludzie są czasem zagubieni, nie wiedzą, jak się zachować. Jeśli to jest możliwe, trzeba życie popychać na właściwe drogi. Myślę, że to jest jedna z piękniejszych kart tego życia, które powoli dobiega końca.

- Bóg zapłać za bardzo ciekawą wypowiedź.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2000-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Przebaczenie naprawia relacje

2026-09-08 14:17

Niedziela Ogólnopolska 37/2026, str. 20

[ TEMATY ]

homilia

Adobe Stock

Umiejętność darowania win jest istotną zdolnością ucznia Chrystusa. Właśnie tym się dziś zajmiemy. W dawnych zakonach obowiązywało pozdrowienie: Memento mori (pamiętaj, że umrzesz). Mnisi, mobilizując się do życia w łasce, przypominali sobie o sądzie Bożym przy końcu życia. Podobnie Syrach w dzisiejszym pierwszym czytaniu uporczywie zachęca nas do odpuszczenia winy bliźniemu. Żywienie do drugiego człowieka złości, gniewu czy knucie planów zemsty są nazwane obrzydliwościami. Strasznie się czujemy, gdy próbuje nas opanować nienawiść. Pytamy: co się ze mną dzieje? A inni dociekają: gdzie się podział ten sympatyczny i życzliwy człowiek? Nienawiść to potworna siła, która może obrócić kochające serce w lodowaty kamień.
CZYTAJ DALEJ

Święty Jan Chryzostom

[ TEMATY ]

święty

Jan z Antiochii, nazywany Chryzostomem, czyli „Złotoustym”, z racji swej wymowy, jest nadal żywy, również ze względu na swoje dzieła. Anonimowy kopista napisał, że jego dzieła „przemierzają cały świat jak świetliste błyskawice”. Pozwalają również nam, podobnie jak wierzącym jego czasów, których okresowo opuszczał z powodu skazania na wygnanie, żyć treścią jego ksiąg mimo jego nieobecności. On sam sugerował to z wygnania w jednym z listów (por. Do Olimpiady, List 8, 45).

Urodził się około 349 r. w Antiochii w Syrii (dzisiaj Antakya na południu Turcji), tam też podejmował posługę kapłańską przez około 11 lat, aż do 397 r., gdy został mianowany biskupem Konstantynopola. W stolicy cesarstwa pełnił posługę biskupią do czasu dwóch wygnań, które nastąpiły krótko po sobie - między 403 a 407 r. Dzisiaj ograniczymy się do spojrzenia na lata antiocheńskie Chryzostoma. W młodym wieku stracił ojca i żył z matką Antuzą, która przekazała mu niezwykłą wrażliwość ludzką oraz głęboką wiarę chrześcijańską. Odbył niższe oraz wyższe studia, uwieńczone kursami filozofii oraz retoryki. Jako mistrza miał Libaniusza, poganina, najsłynniejszego retora tego czasu. W jego szkole Jan stał się wielkim mówcą późnej starożytności greckiej. Ochrzczony w 368 r. i przygotowany do życia kościelnego przez biskupa Melecjusza, przez niego też został ustanowiony lektorem w 371 r. Ten fakt oznaczał oficjalne przystąpienie Chryzostoma do kursu eklezjalnego. Uczęszczał w latach 367-372 do swego rodzaju seminarium w Antiochii, razem z grupą młodych. Niektórzy z nich zostali później biskupami, pod kierownictwem słynnego egzegety Diodora z Tarsu, który wprowadzał Jana w egzegezę historyczno-literacką, charakterystyczną dla tradycji antiocheńskiej. Później udał się wraz z eremitami na pobliską górę Sylpio. Przebywał tam przez kolejne dwa lata, przeżyte samotnie w grocie pod przewodnictwem pewnego „starszego”. W tym okresie poświęcił się całkowicie medytacji „praw Chrystusa”, Ewangelii, a zwłaszcza Listów św. Pawła. Gdy zachorował, nie mógł się leczyć sam i musiał powrócić do wspólnoty chrześcijańskiej w Antiochii (por. Palladiusz, „Życie”, 5). Pan - wyjaśnia jego biograf - interweniował przez chorobę we właściwym momencie, aby pozwolić Janowi iść za swoim prawdziwym powołaniem. W rzeczywistości, napisze on sam, postawiony wobec alternatywy wyboru między trudnościami rządzenia Kościołem a spokojem życia monastycznego, tysiąckroć wolałby służbę duszpasterską (por. „O kapłaństwie”, 6, 7), gdyż do tego właśnie Chryzostom czuł się powołany. I tutaj nastąpił decydujący przełom w historii jego powołania: został pasterzem dusz w pełnym wymiarze! Zażyłość ze Słowem Bożym, pielęgnowana podczas lat życia eremickiego, spowodowała dojrzewanie w nim silnej konieczności przepowiadania Ewangelii, dawania innym tego, co sam otrzymał podczas lat medytacji. Ideał misyjny ukierunkował go, płonącą duszę, na troskę pasterską. Między 378 a 379 r. powrócił do miasta. Został diakonem w 381 r., zaś kapłanem - w 386 r.; stał się słynnym mówcą w kościołach swego miasta. Wygłaszał homilie przeciwko arianom, następnie homilie na wspomnienie męczenników antiocheńskich oraz na najważniejsze święta liturgiczne. Mamy tutaj do czynienia z wielkim nauczaniem wiary w Chrystusa, również w świetle Jego świętych. Rok 387 był „rokiem heroicznym” dla Jana, czasem tzw. przewracania posągów. Lud obalił posągi cesarza, na znak protestu przeciwko podwyższeniu podatków. W owych dniach Wielkiego Postu, jak i wielkiej goryczy z powodu ogromnych kar ze strony cesarza, wygłosił on 22 gorące „Homilie o posągach”, ukierunkowane na pokutę i nawrócenie. Potem przyszedł okres spokojnej pracy pasterskiej (387-397). Chryzostom należy do Ojców najbardziej twórczych: dotarło do nas jego 17 traktatów, ponad 700 autentycznych homilii, komentarze do Ewangelii Mateusza i Listów Pawłowych (Listy do Rzymian, Koryntian, Efezjan i Hebrajczyków) oraz 241 listów. Nie uprawiał teologii spekulatywnej, ale przekazywał tradycyjną i pewną naukę Kościoła w czasach sporów teologicznych, spowodowanych przede wszystkim przez arianizm, czyli zaprzeczenie boskości Chrystusa. Jest też ważnym świadkiem rozwoju dogmatycznego, osiągniętego przez Kościół w IV-V wieku. Jego teologia jest wyłącznie duszpasterska, towarzyszy jej nieustanna troska o współbrzmienie między myśleniem wyrażonym słowami a przeżyciem egzystencjalnym. Jest to przewodnia myśl wspaniałych katechez, przez które przygotowywał katechumenów na przyjęcie chrztu. Tuż przed śmiercią napisał, że wartość człowieka leży w „dokładnym poznaniu prawdziwej doktryny oraz w uczciwości życia” („List z wygnania”). Te sprawy, poznanie prawdy i uczciwość życia, muszą iść razem: poznanie musi się przekładać na życie. Każda jego mowa była zawsze ukierunkowana na rozwijanie w wierzących wysiłku umysłowego, autentycznego myślenia, celem zrozumienia i wprowadzenia w praktykę wymagań moralnych i duchowych wiary. Jan Chryzostom troszczył się, aby służyć swoimi pismami integralnemu rozwojowi osoby, w wymiarach fizycznym, intelektualnym i religijnym. Różne fazy wzrostu są porównane do licznych mórz ogromnego oceanu: „Pierwszym z tych mórz jest dzieciństwo” (Homilia 81, 5 o Ewangelii Mateusza). Rzeczywiście, „właśnie w tym pierwszym okresie objawiają się skłonności do wad albo do cnoty”. Dlatego też prawo Boże powinno być już od początku wyciśnięte na duszy, „jak na woskowej tabliczce” (Homilia 3, 1 do Ewangelii Jana): w istocie jest to wiek najważniejszy. Musimy brać pod uwagę, jak ważne jest, aby w tym pierwszym etapie życia człowiek posiadł naprawdę te wielkie ukierunkowania, które dają właściwą perspektywę życiu. Dlatego też Chryzostom zaleca: „Już od najwcześniejszego wieku uzbrajajcie dzieci bronią duchową i uczcie je czynić ręką znak krzyża na czole” (Homilia 12, 7 do Pierwszego Listu do Koryntian). Później przychodzi okres dziecięcy oraz młodość: „Po okresie niemowlęcym przychodzi morze okresu dziecięcego, gdzie wieją gwałtowne wichury (…), rośnie w nas bowiem pożądliwość…” (Homilia 81, 5 do Ewangelii Mateusza). Potem jest narzeczeństwo i małżeństwo: „Po młodości przychodzi wiek dojrzały, związany z obowiązkami rodzinnymi: jest to czas szukania współmałżonka” (tamże). Przypomina on cele małżeństwa, ubogacając je - z odniesieniem do cnoty łagodności - bogatą gamą relacji osobowych. Dobrze przygotowani małżonkowie zagradzają w ten sposób drogę rozwodowi: wszystko dzieje się z radością i można wychowywać dzieci w cnocie. Gdy rodzi się pierwsze dziecko, jest ono „jak most; tych troje staje się jednym ciałem, gdyż dziecko łączy obie części” (Homilia 12, 5 do Listu do Kolosan); tych troje stanowi „jedną rodzinę, mały Kościół” (Homilia 20, 6 do Listu do Efezjan). Przepowiadanie Chryzostoma dokonywało się zazwyczaj podczas liturgii, w „miejscu”, w którym wspólnota buduje się Słowem i Eucharystią. Tutaj zgromadzona wspólnota wyraża jeden Kościół (Homilia 8, 7 do Listu do Rzymian), to samo słowo jest skierowane w każdym miejscu do wszystkich (Homilia 24, 2 do Pierwszego Listu do Koryntian), zaś komunia Eucharystyczna staje się skutecznym znakiem jedności (Homilia 32, 7 do Ewangelii Mateusza). Jego plan duszpasterski był włączony w życie Kościoła, w którym wierni świeccy przez fakt chrztu podejmują zadania kapłańskie, królewskie i prorockie. Do wierzącego laika mówi: „Również ciebie chrzest czyni królem, kapłanem i prorokiem” (Homilia 3, 5 do Drugiego Listu do Koryntian). Stąd też rodzi się fundamentalny obowiązek misyjny, gdyż każdy w jakiejś mierze jest odpowiedzialny za zbawienie innych: „Jest to zasada naszego życia społecznego (…) żeby nie interesować się tylko sobą” (Homilia 9, 2 do Księgi Rodzaju). Wszystko dokonuje się między dwoma biegunami, wielkim Kościołem oraz „małym Kościołem” - rodziną - we wzajemnych relacjach. Jak możecie zauważyć, Drodzy Bracia i Siostry, ta lekcja Chryzostoma o autentycznej obecności chrześcijańskiej wiernych świeckich w rodzinie oraz w społeczności pozostaje również dziś jak najbardziej aktualna. Módlmy się do Pana, aby uczynił nas wrażliwymi na nauczanie tego wielkiego Nauczyciela Wiary.
CZYTAJ DALEJ

Poznać i podążać za św. Franciszkiem

2026-09-13 20:20

Janusz Dobrzyński

Już w najbliższy wtorek, 15 września, Franciszkański Zakon Świeckich zaprasza wszystkich, którym już bliska jest duchowość Biedaczyny z Asyżu i tych, którzy chcą ją lepiej poznać, na rekolekcje otwarte.

Duchowe ćwiczenia w trwającym Roku św. Franciszka odbędą się w kościele oo. franciszkanów przy ul. Zakroczymskiej 1 (na warszawskim Nowym Mieście) i będą zakończone uroczystością Stygmatów św. Franciszka. Rekolekcje poprowadzi o. Jacek Staszewski OFMConv, asystent prowincjalny oraz regionalny FZŚ, delegat-asystent wspierający asystentów narodowych FZŚ.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję